Idzie zima… Dziś po raz pierwszy od miesięcy wyciągnęłam czapkę z szafy. Spojrzałam w lustro, resztki letniej opalenizny nawet nieźle się komponowały z wełnianą tkaniną naciągniętą na włosy… “Może być…” pomyślałam sobie.. “My się zimy nie boimy..” zaczęłam podśpiewywać pod nosem fragment piosenki zapamiętanej z dzieciństwa: “..hu hu haaa..hu hu haaa… nasza zima zła…szczypie w nosy…szczypie w duszę…” ..nie nie… w uszy…w uszy szczypie …poprawiałam się.. Ale po chwili zastanowienia, stwierdziłam, że w dusze też zima może szczypać..i to bardzo ! Przed nami krótkie mroźne dni i długie mroźne noce. Będzie szaro, będzie buro, bez letniego słońca będzie smutno…więc każde dobre słowo, które będzie potrafiło rozgrzać nasze serce, będzie na wagę złota.
Po kilku minutach spędzonych na wietrznej ulicy uznałam, że chyba jednak na zimę nie jestem jeszcze gotowa. Wróciłam do domu i zaczęłam przeglądać kalendarz w nadziei, że znajdę w nim zapiski odnośnie jakiś wyjazdów na koncerty do ciepłych krajów…niestety z żalem stwierdziłam, że podobny wyjazd się nie zapowiada, wręcz odwrotnie…będą podróże, ale tam gdzie jest zimno… “No, wiec pozostało mi raczej jedynie liczyć na jakieś cieple słowo na otuchę…” - zamruczałam pod nosem. Zerknęłam jeszcze raz do komputera, tym razem wzrok mój utkwił na publikacji znajomej na facebook’u, która wstawiła fotkę zaśnieżonych drzew, podpisaną “już mamy zimę”. Po plecach przeszły mi dreszcze… Ale następny wpis mnie dużo bardziej zdegustował… Należał on do zupełnie mi nieznajomego internauty, który postanowił publicznie okazać swoje niezadowolenie na forum jednej z grup facebook’owych, których jestem członkiem. Wpis owy był wypełniony pesymizmem, czy wręcz nawet agresja i odnosił się do podobno niezacnego zachowania jakiś również nieznanych mi osób. Spojrzałam jeszcze raz na poprzedni wpis z zaśnieżonymi drzewami.. Moje serce było zmrożone.. “Nie, nie dam już rady…nie dam rady wysłuchiwać narzekania, pesymistów, ludzi o złych manierach, tych co nie wierzą w siebie, nie wierzą w innych, nie wierzą w nic co piękne…” Przypomniała mi się rozmowa jaką odbyłam niedawno podczas kolacji u znajomych. Debatowaliśmy przez kilka godzin nad tym, co można uznać za “piękne” w sztuce, muzyce czy w życiu… Nie doszliśmy wtedy do porozumienia, każdy miał na ten temat inne odczucia. No właśnie, wydaje mi się że piękna nie można zdefiniować, można je jedynie odczuć, wiec jest ono czymś względnym i może właśnie dlatego jest tak “piękne”. Gdy staramy się o pięknie opowiadać staje się ono ulotne, może właśnie dlatego tak go pragniemy i stale poszukujemy.
To co uważamy za piękne staje się balsamem dla naszej duszy. Piękna muzyka jest łagodzi nasze skołatane nerwy, gdy widzimy coś pięknego zaczynamy marzyc, gdy słyszymy piękne słowa nasze serce bije szybciej. Każdy ma swoją definicję piękna, która zależy od osobistej wrażliwości i kultury. Najbardziej mnie zasmucają Ci, którzy nie widza jaki świat, który nas otacza jest pełen możliwości i szans na lepsze jutro, że życie może być piękniejsze z dnia na dzień. Ci co nie rozumieją, że porażka jest tylko doświadczeniem, że ludzie którzy nas krzywdzą są tylko po to w naszym życiu by nas czegoś nauczyć o nas samych. Martwią mnie Ci, którzy nie potrafią zaakceptować, że nic nie trwa wiecznie, że nawet piękne chwile mijają, że ludzie odchodzą, ale tylko po to by zrobić miejsce tym nowym, może nawet jeszcze wspanialszym. Smucą mnie Ci którzy nie rozumieją, że miłość jest bliższa wolności niż zniewoleniu, że przyjaźń jest formą miłości. Martwią mnie ludzie negatywnie nastawieni do świata, bo są pasywni, bo oceniają innych, bo brak im empatii. Martwią mnie Ci, którzy wstają rano nie wiedząc co zrobić ze swoim dniem. Smutno mi gdy ktoś mi mówi, że się nudzi, że jemu jest trudniej żyć niż komuś innemu, że szuka wymówek a nie rozwiązań… Smutno mi, gdy ktoś nie potrafi dostrzec, że szansa czai się za każdym rogiem, że trzeba tylko chcieć i przestać tracić czas na narzekanie. Myślę, że najpierw warto znaleźć piękno w sobie, czasem szukając inspiracji w sztuce, muzyce… ale tak naprawdę często wystarczy spojrzeć drugiej osobie głęboko w oczy, docenić jej zalety, zaakceptować wady, bo każdy ma w sobie niewyczerpane pokłady piękna. Wiec tylko od nas i od tych, którymi się otaczamy będzie zależało jaka będzie ta nadchodząca zima.
Trzymajcie się ciepło!
wtorek, 13 października 2015
niedziela, 6 września 2015
“ ‘Szczęśliwa’ emigrantka”
Kilka dni temu, przy porannej kawie, przeglądając publikacje na Facebook’u zobaczyłam zdjęcie małego chłopca leżącego w wodzie na plaży. Pod zdjęciem widniały rozgorączkowane komentarze pełne oskarżeń, nienawiści, uprzedzeń i pouczeń. Zorientowałam się, że mały chłopiec na zdjęciu nie żyje, że utonął, a świat wrze od licznych debat na temat owej fotki. Przeglądając następne strony znalazłam liczne publikacje na temat uchodźców, którzy masowo starają dostać się do Europy. Każdy artykuł był obszernie komentowany przez internautów, w rożnych językach lecz zawsze w podobnym tonie…tonie pełnym oskarżeń. Oskarżano wszystkich: uchodźców, rządy rożnych państw, polityków, społeczeństwo, wojny, terrorystów, rodziców martwego chłopca, religie… Internauci w swoich komentarzach przekrzykiwali się i obrażali się nawzajem. Ich wypowiedzi wypełnione agresją, strachem, licznymi wulgaryzmami przeplatały się z nielicznymi apelami o zdrowy rozsadek. Zadumałam się przez chwile.. To co właśnie przeczytałam przeraziło mnie.
Stwierdziłam, że mam szczęście, że siedzę sobie właśnie wygodnie w fotelu w moim malutkim paryskim mieszkanku, a mały chłopiec leżący na plaży nie jest moim martwym synkiem….bo przecież mógłby być. Bo kto wie, czy jeśli bym się urodziła w Syrii to dziś sama z rodzina nie próbowałabym się ratować i za wszelka cenę dostać się do Europy, czy gdziekolwiek gdzie bym mogla być pewna, że nic mojej rodzinie nie grozi. Pomyślałam, że mam szczęście, że urodziłam się w Polsce i do Francji emigrowałam autobusem, bezpiecznie i legalnie.. Nie.. tak właściwie to nawet mam jeszcze więcej szczęścia, bo przecież mogłam urodzić się w Polsce, ale wiele lat wcześniej, podczas którejś z wojen i wtedy też musiałabym uciekać… No bo kto z nas nie ma gdzieś w rodzinie imigrantów? Kto z nas nie ma przodków, którzy cierpieli z powodów licznych zamieszek politycznych w naszym ukochanym kraju? Każdy ma.
To gdzie i kiedy się rodzimy jest czystym przypadkiem. Urodziłam się w kraju katolickim, ale przecież mogłam w muzułmańskim. Wychowałam się w kraju, w którym panuje pokój, ale przecież mogło być zupełnie inaczej. Mogłam się urodzić gdzieś gdzie szaleją wojny i może wtedy jako mała dziewczynka modliłabym się co wieczór w strachu do Boga, by mamusia i tatuś mnie stamtąd zabrali…zabrali gdzieś daleko, tam gdzie bym przestała się bać.. Modliłabym się i nie miałoby to znaczenia do którego Boga. Bo modlitwa o pokój, o życie, o miłość ma tą samą wartość niezależnie od języka, w której jest wypowiadana, niezależnie od tego jak Bóg ma na imię. Może martwy chłopiec ze zdjęcia na plaży tak właśnie się modlił..
Doceńmy to, że mamy szczęście. Może właśnie ta świadomość umożliwi nam otworzyć bez strachu nasze serca na cierpienie innych.
Stwierdziłam, że mam szczęście, że siedzę sobie właśnie wygodnie w fotelu w moim malutkim paryskim mieszkanku, a mały chłopiec leżący na plaży nie jest moim martwym synkiem….bo przecież mógłby być. Bo kto wie, czy jeśli bym się urodziła w Syrii to dziś sama z rodzina nie próbowałabym się ratować i za wszelka cenę dostać się do Europy, czy gdziekolwiek gdzie bym mogla być pewna, że nic mojej rodzinie nie grozi. Pomyślałam, że mam szczęście, że urodziłam się w Polsce i do Francji emigrowałam autobusem, bezpiecznie i legalnie.. Nie.. tak właściwie to nawet mam jeszcze więcej szczęścia, bo przecież mogłam urodzić się w Polsce, ale wiele lat wcześniej, podczas którejś z wojen i wtedy też musiałabym uciekać… No bo kto z nas nie ma gdzieś w rodzinie imigrantów? Kto z nas nie ma przodków, którzy cierpieli z powodów licznych zamieszek politycznych w naszym ukochanym kraju? Każdy ma.
To gdzie i kiedy się rodzimy jest czystym przypadkiem. Urodziłam się w kraju katolickim, ale przecież mogłam w muzułmańskim. Wychowałam się w kraju, w którym panuje pokój, ale przecież mogło być zupełnie inaczej. Mogłam się urodzić gdzieś gdzie szaleją wojny i może wtedy jako mała dziewczynka modliłabym się co wieczór w strachu do Boga, by mamusia i tatuś mnie stamtąd zabrali…zabrali gdzieś daleko, tam gdzie bym przestała się bać.. Modliłabym się i nie miałoby to znaczenia do którego Boga. Bo modlitwa o pokój, o życie, o miłość ma tą samą wartość niezależnie od języka, w której jest wypowiadana, niezależnie od tego jak Bóg ma na imię. Może martwy chłopiec ze zdjęcia na plaży tak właśnie się modlił..
Doceńmy to, że mamy szczęście. Może właśnie ta świadomość umożliwi nam otworzyć bez strachu nasze serca na cierpienie innych.
środa, 12 sierpnia 2015
“Etykietka feministki”
Wykonuję męski zawód - gram na saksofonie. Ubieram się w sukienkę, ładnie się czeszę, maluję, zakładam obcasy i bardzo często słyszę: “Kobieta gra na saksofonie? Ach to rzadkość! Zazwyczaj na saksofonach grają mężczyźni. Do tego improwizujesz, i grasz jazz…i jesteś ładna..nie jest za trudno dmuchać kobiecie w taki saksofon?” Odpowiadam zazwyczaj z uśmiechem, że nie i że to wszystko kwestia pracy i ćwiczeń, jak zresztą na każdym innym instrumencie.. Jednak czasem się zastanawiam, dlaczego tak jest, że tak niewiele kobiet wybiera saksofon. Kiedyś znajomy jazzowy saksofonista mi powiedział, że mnie podziwia, bo nie poddaję się stereotypom, a zna kilka saksofonistek, które by “się zmieszać w męskim tłumie” i by inni muzycy brali je “na poważnie” porzuciły sukienki i szminki. Zapytał mnie jak ja sobie radzę w tym szowinistycznym środowisku muzyków jazzowych. Spojrzałam na niego z zastanowieniem. “Myślę, że ja po prostu się tym nie przejmuje..” - odpowiedziałam mu po chwili przemyśleń. I dodałam: “Wiesz, ćwiczę te same gamy co wy, gram te same utwory, czytam te same nuty…tylko mnie plecy trochę bardziej bolą niż was po koncertach bo obcasy mi się dają często we znaki, sam wiesz, że saksofon jest dość ciężki…” Na Twarzy mojego znajomego pojawiło się rozbawienie: “Dlatego Cie uwielbiam, bo nigdy nie sprawiasz wrażenia, że chcesz coś nam udowodnić, tylko robisz swoje.. Ale powiedz, czy Ci się nie zdarza, że musisz wysłuchiwać jakiś meczących komentarzy pełnych uprzędzeń i stereotypów na Twój temat i na temat Twojej gry?” Tym razem ja się roześmiałam: “Oczywiście, że tak! Bardzo często…ale gdy tylko zaczynam grać wszystkim te głupie gadki przechodzą, sam wiesz…a jeśli chodzi o udowadnianie komuś czegokolwiek, to uważam to za kompletną stratę czasu. Po pierwsze jeśli chodzi o muzykę gusta są rożne, jednemu się coś podoba, a drugiemu nie i nie ma w tym nic dziwnego, a po drugie ja gram bo kocham muzykę…szowiniści i ich frustracje mnie nie interesują.” Oboje się roześmialiśmy.
Rzadko mi się zdążają takie rozmowy z moimi kolegami z branży. Mężczyźni często boją się zadawać podobne pytania, bo nie chcą być oskarżeni o dyskryminacje. Jest to dla nich bardzo delikatny temat, ponieważ boja się reakcji kobiet. Więc zazwyczaj najpierw na mnie patrzą jak na ufoludka z ładną buzią, a po jakimś czasie się do mnie przyzwyczajają i często po prostu “zapominają”, że mają do czynienia z saksofonistą “innej” płci. Ile razy dzwonili do mnie by ich zastąpić i przychodząc na próbę ich zespołu, ich szef witał mnie ze zmieszaniem bo był w szoku, że jakaś panna się pojawiła z saksofonem. Za to po udanej próbie niezręcznie się tłumaczył, że jego początkowe zmieszanie było spowodowane tym, że mój poprzednik zapomniał go uprzedzić, że jestem kobietą. A ja wiedziałam, że nie zapomniał, tylko po prostu nie uznał tego za konieczne. I właśnie dzięki takim sytuacjom wiem, że po trochu udaje mi się przezwyciężać stereotypy, i to nie walką z mężczyznami lecz własnymi zasługami, wypracowanymi przez lata ćwiczeń na instrumencie. Gram najlepiej jak mogę, bo kocham muzykę, nie dlatego, że chce grac jak mężczyzna. Ludzie uwielbiają porównania, wiele razy do mnie podchodzą i mówią “No, super!!! Grasz jak facet! Podoba mi się.” Nigdy nie wiem co im na to odpowiedzieć i trochę mi ich jest żal, bo dla mnie ich uwaga jest dowodem na to, że niczego nie zrozumieli. Jestem kobietą i nie gram jak facet, co najwyżej to gram dobrze, albo ładnie, jeśli się komuś podoba. Zakładam sukienkę, jeśli uważam, że będzie mi w niej do twarzy na scenie. Albo spodnie, bo mam akurat taki nastrój. Niezwykle mnie bawi, gdy widzę miny mężczyzn którzy z wlepionym we mnie wzrokiem ze zdumieniem stwierdzają, że fajnie gram. Bardzo mi milo, gdy muzycy się cieszą, że będziemy razem występować na scenie albo polecają mnie innym, bo cenią moje umiejętności. Czasem jestem zatrudniana bo jestem kobietą i w show biznesie to się “sprzedaje”, a czasem wręcz odwrotnie, nie jestem zatrudniana, bo akurat produkcja chce mięć muzyków mężczyzn i wizualnie im kobieta nie pasuje, albo jednak mnie zatrudniają bo dobrze gram ale muszę się ubrać w garnitur i związać włosy, tak jak moi koledzy, którzy stoją na scenie obok mnie, bo dyrektor artystyczny jakiegoś projektu czy choreograf ma wizje muzyków w garniturach i mężczyzna czy kobieta, rasta czy chłopak z włosami do pasa, wszyscy muszą wyglądać tak samo.
Kocham mój zawód. Uwielbiam pracować z mężczyznami i kobietami.. Płeć nie ma znaczenia, najważniejszy jest profesjonalizm. Moim celem nigdy nie było “wmieszanie się w męski tłum”. Jestem kobietą i zawsze doceniam gdy moi koledzy mnie traktują z taktem, ustępują miejsca czy pomagają nieść ciężką torbę. Czy nie obawiam się, że ktoś mnie będzie dyskryminował albo traktował moją prace niepoważnie ze względu na moja płeć? Nie, ponieważ wychodzę z założenia, że takie osoby nie są warte mojego czasu i na dzień dzisiejszy nigdy się nie pomyliłam w mojej ocenie. Nie wdaje się w dyskusje z mężczyznami o szowinistycznych poglądach, bo mnie takie rozmowy nudzą. Zdarza mi się grac na jakiś “kobiecych” festiwalach, takich tworach, które maja na celu “promowanie” kobiet, które grają na instrumentach, ale w skrycie mam nadzieje, że niedługo te festiwale nie będą miały racji bytu, bo kobieta grająca na instrumencie nie będzie sensacją tylko dlatego że gra. Sensacyjna powinna być muzyka.
Czy można zatem mi przylepić etykietkę feministki? Nie wiem, zadecydujcie sami… ;-)
Rzadko mi się zdążają takie rozmowy z moimi kolegami z branży. Mężczyźni często boją się zadawać podobne pytania, bo nie chcą być oskarżeni o dyskryminacje. Jest to dla nich bardzo delikatny temat, ponieważ boja się reakcji kobiet. Więc zazwyczaj najpierw na mnie patrzą jak na ufoludka z ładną buzią, a po jakimś czasie się do mnie przyzwyczajają i często po prostu “zapominają”, że mają do czynienia z saksofonistą “innej” płci. Ile razy dzwonili do mnie by ich zastąpić i przychodząc na próbę ich zespołu, ich szef witał mnie ze zmieszaniem bo był w szoku, że jakaś panna się pojawiła z saksofonem. Za to po udanej próbie niezręcznie się tłumaczył, że jego początkowe zmieszanie było spowodowane tym, że mój poprzednik zapomniał go uprzedzić, że jestem kobietą. A ja wiedziałam, że nie zapomniał, tylko po prostu nie uznał tego za konieczne. I właśnie dzięki takim sytuacjom wiem, że po trochu udaje mi się przezwyciężać stereotypy, i to nie walką z mężczyznami lecz własnymi zasługami, wypracowanymi przez lata ćwiczeń na instrumencie. Gram najlepiej jak mogę, bo kocham muzykę, nie dlatego, że chce grac jak mężczyzna. Ludzie uwielbiają porównania, wiele razy do mnie podchodzą i mówią “No, super!!! Grasz jak facet! Podoba mi się.” Nigdy nie wiem co im na to odpowiedzieć i trochę mi ich jest żal, bo dla mnie ich uwaga jest dowodem na to, że niczego nie zrozumieli. Jestem kobietą i nie gram jak facet, co najwyżej to gram dobrze, albo ładnie, jeśli się komuś podoba. Zakładam sukienkę, jeśli uważam, że będzie mi w niej do twarzy na scenie. Albo spodnie, bo mam akurat taki nastrój. Niezwykle mnie bawi, gdy widzę miny mężczyzn którzy z wlepionym we mnie wzrokiem ze zdumieniem stwierdzają, że fajnie gram. Bardzo mi milo, gdy muzycy się cieszą, że będziemy razem występować na scenie albo polecają mnie innym, bo cenią moje umiejętności. Czasem jestem zatrudniana bo jestem kobietą i w show biznesie to się “sprzedaje”, a czasem wręcz odwrotnie, nie jestem zatrudniana, bo akurat produkcja chce mięć muzyków mężczyzn i wizualnie im kobieta nie pasuje, albo jednak mnie zatrudniają bo dobrze gram ale muszę się ubrać w garnitur i związać włosy, tak jak moi koledzy, którzy stoją na scenie obok mnie, bo dyrektor artystyczny jakiegoś projektu czy choreograf ma wizje muzyków w garniturach i mężczyzna czy kobieta, rasta czy chłopak z włosami do pasa, wszyscy muszą wyglądać tak samo.
Kocham mój zawód. Uwielbiam pracować z mężczyznami i kobietami.. Płeć nie ma znaczenia, najważniejszy jest profesjonalizm. Moim celem nigdy nie było “wmieszanie się w męski tłum”. Jestem kobietą i zawsze doceniam gdy moi koledzy mnie traktują z taktem, ustępują miejsca czy pomagają nieść ciężką torbę. Czy nie obawiam się, że ktoś mnie będzie dyskryminował albo traktował moją prace niepoważnie ze względu na moja płeć? Nie, ponieważ wychodzę z założenia, że takie osoby nie są warte mojego czasu i na dzień dzisiejszy nigdy się nie pomyliłam w mojej ocenie. Nie wdaje się w dyskusje z mężczyznami o szowinistycznych poglądach, bo mnie takie rozmowy nudzą. Zdarza mi się grac na jakiś “kobiecych” festiwalach, takich tworach, które maja na celu “promowanie” kobiet, które grają na instrumentach, ale w skrycie mam nadzieje, że niedługo te festiwale nie będą miały racji bytu, bo kobieta grająca na instrumencie nie będzie sensacją tylko dlatego że gra. Sensacyjna powinna być muzyka.
Czy można zatem mi przylepić etykietkę feministki? Nie wiem, zadecydujcie sami… ;-)
niedziela, 26 lipca 2015
“Pieniądze szczęścia nie dają”
Czym jest szczęście? Według Wikipedii “Szczęście jest emocją, spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne.” i dalej czytamy “(…) zadowolenie z życia połączone z pogodą ducha i optymizmem; ocena własnego życia jako udanego, wartościowego, sensownego.” Ilu z nas uważa się za szczęśliwych? Jakie są kryteria według których możemy nasze życie uznać za “udane, wartościowe i sensowne”? Obserwując dzisiejsze społeczeństwo dość szybko można dojść do wniosku, że szczęście jest bardzo ściśle połączone z “posiadaniem”. “Mieć” oznacza “być”. Od dziecka mamy wpajane do głowy, że konieczny nam jest “porządny” zawód, “dobrze” płatna praca, by spokojnie wiec szczęśliwie żyć. Ale czy to wystarczy? Czy pieniądze potrafią zapewnić poczucie bezpieczeństwa, dać radość? Czy “udane życie” można kupić? Wystarczy włączyć telewizor albo wyjść na ulice by zauważyć, że nasza codzienność jest zalana reklamami, które nas zapewniają, że “szczęście” można nabyć wszędzie i to często w bardzo promocyjnej cenie.. Zdezorientowani wirem informacji rzucamy się w szaleńczy wyścig za dobrobytem. Wytyczamy sobie cele: dom, samochód, wakacje za granica.. Porównujemy się z innymi, tymi którym powodzi się “lepiej” i już nam szczęście wymyka się spod kontroli. Czytamy gazety-brukowce, które drukują historie bogatych ludzi, zazdrościmy im, podziwiamy ich, cieszymy się gdy powinie im się noga…ale przede wszystkim marzymy być żyć ich życiem…albo chociaż mieć taki jak oni dom, samochód, pierścionek z brylantem, przystojnego narzeczonego…
W zeszłym tygodniu grałam prywatny koncert w pięknej wilii niedaleko Monte Carlo. Impreza została zorganizowana z okazji….bez okazji…tak sobie dla frajdy. Tematem przewodnim była “Starożytna Grecja”. Gdy przyjechaliśmy na miejsce taras był wypełniony zaproszonymi bogatymi gośćmi, każdy był przebrany za bohatera Hellady. Wszyscy byliśmy piękni, jedzenie było wyśmienite. Pełna dekadencja… Cala impreza przebiegała ściśle według planu: aperitif, przystawki, potem główne danie i deser. Służba z uśmiechem na ustach uwijała się jak mróweczki. Goście tańczyli gdy mieli tańczyć, siadali do stołu gdy mieli siadać, klaskali z radością gdy wypadało… W przerwie koncertu usiadłam w kącie ogrodu i obserwowałam bawiący się tłum. Dopiero wtedy zauważyłam zestresowana panią domu, elegancką kobietę w średnim wieku, żonę nieprzyzwoicie bogatego konstruktora ekskluzywnych jachtów. Uśmiechała się do zaproszonych gości, ale gdy tylko czuła, że nikt jej nie obserwuje na jej twarzy pojawiał się smutek i nieobecność… Po kilku minutach wymknęła się z tarasu by schronić się w ogrodzie przed wzrokiem imprezowiczów. Powolnym ruchem zdjęła prawdopodobnie uwierające ją, markowe buty i położyła dłoń na karku by rozmasować zmęczenie. Dopiero wtedy zauważyła mnie, siedzącą kila metrów dalej, również boso i też trochę już zmęczoną.. Uśmiechnęła się nieśmiało i tak siedziałyśmy nic do siebie nie mówiąc, obserwując z daleka bawiących się gości. Piękne panie z kieliszkami szampana toczyły ożywione rozmowy z mniej urodziwymi, ale za to bogatymi mężczyznami. Regularnie i dyskretnie poprawiały swoje greckie tuniki, badając wzrokiem mijające je inne zaproszone niewiasty. Panowie z greckimi szablami przy pasie i roleksami na nadgarstkach zajadali się greckimi smakołykami, co jakiś czas sprawdzając niecierpliwie godzinę. Po chwili doszłam do wniosku, że towarzystwo najzwyczajniej w świecie się nudzi… “Musze już iść” - powiedziała nagle do mnie pani domu, po czym podniosła się z westchnieniem i podążyła powolnym krokiem w stronę gości. “Ja chyba też..” pomyślałam sobie widząc rozbawioną koleżankę wokalistkę, która wymachiwała coś do mnie ze sceny.
Nie pierwszy raz byłam świadkiem podobnej imprezy. Jedzenie zawsze jest wyborowe, alkohol również, wystrój wnętrza zapierających dech w piersiach, a goście.. zazwyczaj się nudzą… Pieniądze pomagają zrealizować to co się rodzi w naszej wyobraźni, ale myślę, że w życiu ciekawsza jest droga do celu niż sam cel. Pogoń za marzeniami może dać więcej satysfakcji niż samo spełnienie. Natura ludzka już taka jest, że im więcej się “ma” tym więcej się “chce”, “im dalej w las tym więcej drzew” … Wiec cieszmy się każdym drobiazgiem. Pewnie nigdy nie będę posiadać tak pięknego domu, jak ten w którym odbyła się owa “grecka impreza”, ale za to jaką radość mi sprawił widok zachodu słońca z pięknego tarasu, który mogłam tego wieczoru podziwiać trzymając w garści czereśnie, które dostałam na deser… Właścicielom nie zazdroszczę, bo jak ktoś kiedyś powiedział: “Szczęście jest podrożą, a nie celem”
W zeszłym tygodniu grałam prywatny koncert w pięknej wilii niedaleko Monte Carlo. Impreza została zorganizowana z okazji….bez okazji…tak sobie dla frajdy. Tematem przewodnim była “Starożytna Grecja”. Gdy przyjechaliśmy na miejsce taras był wypełniony zaproszonymi bogatymi gośćmi, każdy był przebrany za bohatera Hellady. Wszyscy byliśmy piękni, jedzenie było wyśmienite. Pełna dekadencja… Cala impreza przebiegała ściśle według planu: aperitif, przystawki, potem główne danie i deser. Służba z uśmiechem na ustach uwijała się jak mróweczki. Goście tańczyli gdy mieli tańczyć, siadali do stołu gdy mieli siadać, klaskali z radością gdy wypadało… W przerwie koncertu usiadłam w kącie ogrodu i obserwowałam bawiący się tłum. Dopiero wtedy zauważyłam zestresowana panią domu, elegancką kobietę w średnim wieku, żonę nieprzyzwoicie bogatego konstruktora ekskluzywnych jachtów. Uśmiechała się do zaproszonych gości, ale gdy tylko czuła, że nikt jej nie obserwuje na jej twarzy pojawiał się smutek i nieobecność… Po kilku minutach wymknęła się z tarasu by schronić się w ogrodzie przed wzrokiem imprezowiczów. Powolnym ruchem zdjęła prawdopodobnie uwierające ją, markowe buty i położyła dłoń na karku by rozmasować zmęczenie. Dopiero wtedy zauważyła mnie, siedzącą kila metrów dalej, również boso i też trochę już zmęczoną.. Uśmiechnęła się nieśmiało i tak siedziałyśmy nic do siebie nie mówiąc, obserwując z daleka bawiących się gości. Piękne panie z kieliszkami szampana toczyły ożywione rozmowy z mniej urodziwymi, ale za to bogatymi mężczyznami. Regularnie i dyskretnie poprawiały swoje greckie tuniki, badając wzrokiem mijające je inne zaproszone niewiasty. Panowie z greckimi szablami przy pasie i roleksami na nadgarstkach zajadali się greckimi smakołykami, co jakiś czas sprawdzając niecierpliwie godzinę. Po chwili doszłam do wniosku, że towarzystwo najzwyczajniej w świecie się nudzi… “Musze już iść” - powiedziała nagle do mnie pani domu, po czym podniosła się z westchnieniem i podążyła powolnym krokiem w stronę gości. “Ja chyba też..” pomyślałam sobie widząc rozbawioną koleżankę wokalistkę, która wymachiwała coś do mnie ze sceny.
Nie pierwszy raz byłam świadkiem podobnej imprezy. Jedzenie zawsze jest wyborowe, alkohol również, wystrój wnętrza zapierających dech w piersiach, a goście.. zazwyczaj się nudzą… Pieniądze pomagają zrealizować to co się rodzi w naszej wyobraźni, ale myślę, że w życiu ciekawsza jest droga do celu niż sam cel. Pogoń za marzeniami może dać więcej satysfakcji niż samo spełnienie. Natura ludzka już taka jest, że im więcej się “ma” tym więcej się “chce”, “im dalej w las tym więcej drzew” … Wiec cieszmy się każdym drobiazgiem. Pewnie nigdy nie będę posiadać tak pięknego domu, jak ten w którym odbyła się owa “grecka impreza”, ale za to jaką radość mi sprawił widok zachodu słońca z pięknego tarasu, który mogłam tego wieczoru podziwiać trzymając w garści czereśnie, które dostałam na deser… Właścicielom nie zazdroszczę, bo jak ktoś kiedyś powiedział: “Szczęście jest podrożą, a nie celem”
poniedziałek, 13 lipca 2015
“'Moje pierwsze cztery puste kąty’"
Zatrzymałam się w progu, starsza Pani zaglądając mi przez ramię z uśmiechem tłumaczyła coś pospiesznie po francusku. Nie rozumiałam ani słowa, ale temat jej wywodów był dla mnie jasny: starała się mnie przekonać, że pokój który mi proponuje wynająć za horrendalną w tamtych czasach kwotę, jest idealny dla mnie, młodej studentki, która właśnie przyjechała do Paryża. Tak czy siak wiedziałam, że nie mam wyboru, bo gdzieś musiałam mieszkać a czas gonił ... Starsza Pani z radością przyjęła moje zainteresowanie kwaterunkiem i obiecała, że będzie mi u niej dobrze bo będzie mnie traktowała jak własną wnuczkę. Tydzień później stanęłam w tym samym progu ale już tym razem z walizkami. Pokój był malusieńki, stało w nim malutkie łóżko, niewielkie biurko i wąska szafa. Krzesło przy biurku skutecznie blokowało dojście do okna i szafy...nie było mowy by rozłożyć walizkę na podłodze, nie było na to miejsca. Wystawiłam krzesło z pokoju i podeszłam do okna. Oczy moje utknęły na obdartym murze, który był tak blisko, że miałam wrażenie, że jeśli dobrze się wychylę to będę mogła ten paskudny mur dotknąć. Wystawiłam głowę przez okno, w dole ujrzałam szary bruk a trzy piętra nade mną mały skrawek nieba... "Tak Francuzi żyją? W takich klitkach bez światła…?" Mój pokój był częścią dużego mieszkania w trzeciej dzielnicy Paryża, które zamieszkiwała starsza pani. Dorabiała sobie do emerytury wynajmując kilka metrów kwadratowych, które w dawnych czasach było pokojem dla służby, studentom. Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Była to właśnie owa starsza Pani, której imienia dziś już nie pamiętam. Przyszła wytłumaczyć mi regulamin, który miał mnie obowiązywać podczas pobytu pod jej dachem. Okazało się, że do kuchni mogę wchodzić tylko i wyłącznie rano, a miedzy godzina 11tą a 14tą mam wstęp wzbroniony bo ona gotuje, po czym miedzy 14tą a 17tą mogę na chwilę znów do kuchni wejść. Okazało się również, że nie wolno mi grać w pokoju na żadnym instrumencie, nie wolno mi zapraszać gości, ewentualnie w trakcie dnia koleżankę, ale już na pewno nie kolegę... Pralki, telewizora, piekarnika, telefonu nie wolno mi było dotykać.... "Francuzi tak traktują swoje wnuczki..?" Pomyślałam sobie... Wróciłam do swojego pokoju, zamknęłam niedomykające się okno i usiadłam na biurku. Rozejrzałam się dookoła : "Dam radę..." Pomyślałam... "Przecież to nie będzie trwać wiecznie, gdy tylko znajdę prace, poszukam lepszego mieszkania...dam radę, nie będzie tak źle..." Rozpakowałam walizkę, zrobiłam sobie herbatę i zadzwoniłam do mamy na trzy minuty. Dłużej nie mogłam z nią rozmawiać, bo w tamtych czasach ceny za połączenia międzynarodowe były bardzo drogie, zwłaszcza z telefonów komórkowych, a tylko taki miałam do dyspozycji. O internecie w moim skromnym pokoiku mogłam tylko pomarzyć. Usiadłam na krześle przy pustym biurku “No! To się udało, mieszkam w Paryżu... Mieszkać w Paryżu jest marzeniem może tysięcy, może milionów osób na świecie, a mi się udało..." Za oknem było już ciemno, byłam z siebie dumna, podekscytowana, że rano wyjdę na paryską ulicę by pójść do paryskiej szkoły, tak jak inni paryscy studenci. Miałam ochotę o tym rozmawiać, śmiać się, opowiadać....znajomym.... których we Francji nie miałam... Nagle ogarnęło mnie uczucie strasznej samotności i pustki.
Nie znałam w Paryżu nikogo, nie miałam do kogo zadzwonić, do kogo się odezwać. W szkole nie rozumiałam rozmów toczących się zaraz obok mnie, obserwowałam śmiejących się studentów na korytarzach, od czasu do czasu ktoś do mnie podszedł, by zamienić kilka słów ale często okazywało się, że bariera językowa była dla nich zbyt zniechęcająca by kontynuować konwersację. Czułam się w Paryżu sama, odosobniona, inna... Po kilku dniach zaczęłam wyłapywać z tłumu podobnie jak ja zagubione osoby. Jak się okazywało to byli również emigranci, z rożnych krajów: Turcji, Hiszpanii, Japonii, Stanów Zjednoczonych... Mimo, że przyjechaliśmy z zupełnie innych zakątków świata czuliśmy, że coś nas łączy i do siebie przyciąga. Było to osamotnienie, poczucie inności, zdezorientowanie. Słowo 'emigrant' nabrało dla mnie wtedy zupełnie innego znaczenia i do dziś tak zostało. Po jedenastu latach mogę powiedzieć, że udało mi się jakoś zintegrować z Francją, ale najdłuższe i najgłębsze przyjaźnie udało mi się utrzymać w większości właśnie z innymi emigrantami. Do dziś gdy poznaje kogoś nowego i jest to emigrant, mam wrażenie, że jest bardziej 'swój', wszystko jedno skąd pochodzi, bo czuje, że też poznał co oznacza słowo 'samotność' czy 'izolacja'. Czasem słyszę opinie, że emigranci się nie integrują. To nieprawda. Integrujemy się, staramy się. Niedawno rozmawiałam ze znajomą Włoszka, która mieszka we Francji już od wielu lat. Żaliła się, że trudno jest nawiązać prawdziwą i głęboką przyjaźń na obczyźnie, bo często znajomości tu są powierzchowne. Mówiła, że trudno jest tak naprawdę tu na kogoś liczyć, że każdy jest zapatrzony we własny czubek nosa i gdy tylko jego interes się kończy, kończy się także przyjaźń. Stwierdziła, że nie ma to jak przyjaźń z dzieciństwa czy rodzina, że tego jej brakuje i na obczyźnie bardzo trudno jest takie długotrwałe i cenne relacje utrzymać, a jedyne co nam pozostaje to się trzymać z pozostałymi 'wyemigrowanymi zagubionymi duszami'. Moje myśli wróciły do czasu gdy po trzech latach pobytu we Francji i związku z młodym Francuzem wszyscy nasi 'wspólni' znajomi mnie opuścili z dnia na dzień, razem z owym ukochanym i znów zostałam zupełnie sama.... Faktycznie, trudno mi było się sprzeciwić jej słowom... Nie jest łatwo, ale myślę że takie już jest życie i winnych nie ma co szukać. Tak samo jak my tęsknimy za naszymi przyjaźniami z dzieciństwa tak samo inni jeśli mogą to te przyjaźnie kultywują, są dla nich najważniejsze, bo są bogate we wspomnienia przeżytych razem chwil, przygód. Wiem dziś jedno, kocham Francję, czuje że tu jest mój dom, ale emigrantem będę zawsze. Jesteśmy trochę jak wyrwane z korzeniami drzewa: udaje nam się zakorzenić na nowej ziemi, ale gdzieś głęboko w nas odzywa się regularnie nostalgia wspomnień, bezdźwięczna pustka, którą staramy się zagłuszyć gwarną codziennością, lecz która co jakiś czas echem do nas wraca i wracać będzie zawsze...
Nie znałam w Paryżu nikogo, nie miałam do kogo zadzwonić, do kogo się odezwać. W szkole nie rozumiałam rozmów toczących się zaraz obok mnie, obserwowałam śmiejących się studentów na korytarzach, od czasu do czasu ktoś do mnie podszedł, by zamienić kilka słów ale często okazywało się, że bariera językowa była dla nich zbyt zniechęcająca by kontynuować konwersację. Czułam się w Paryżu sama, odosobniona, inna... Po kilku dniach zaczęłam wyłapywać z tłumu podobnie jak ja zagubione osoby. Jak się okazywało to byli również emigranci, z rożnych krajów: Turcji, Hiszpanii, Japonii, Stanów Zjednoczonych... Mimo, że przyjechaliśmy z zupełnie innych zakątków świata czuliśmy, że coś nas łączy i do siebie przyciąga. Było to osamotnienie, poczucie inności, zdezorientowanie. Słowo 'emigrant' nabrało dla mnie wtedy zupełnie innego znaczenia i do dziś tak zostało. Po jedenastu latach mogę powiedzieć, że udało mi się jakoś zintegrować z Francją, ale najdłuższe i najgłębsze przyjaźnie udało mi się utrzymać w większości właśnie z innymi emigrantami. Do dziś gdy poznaje kogoś nowego i jest to emigrant, mam wrażenie, że jest bardziej 'swój', wszystko jedno skąd pochodzi, bo czuje, że też poznał co oznacza słowo 'samotność' czy 'izolacja'. Czasem słyszę opinie, że emigranci się nie integrują. To nieprawda. Integrujemy się, staramy się. Niedawno rozmawiałam ze znajomą Włoszka, która mieszka we Francji już od wielu lat. Żaliła się, że trudno jest nawiązać prawdziwą i głęboką przyjaźń na obczyźnie, bo często znajomości tu są powierzchowne. Mówiła, że trudno jest tak naprawdę tu na kogoś liczyć, że każdy jest zapatrzony we własny czubek nosa i gdy tylko jego interes się kończy, kończy się także przyjaźń. Stwierdziła, że nie ma to jak przyjaźń z dzieciństwa czy rodzina, że tego jej brakuje i na obczyźnie bardzo trudno jest takie długotrwałe i cenne relacje utrzymać, a jedyne co nam pozostaje to się trzymać z pozostałymi 'wyemigrowanymi zagubionymi duszami'. Moje myśli wróciły do czasu gdy po trzech latach pobytu we Francji i związku z młodym Francuzem wszyscy nasi 'wspólni' znajomi mnie opuścili z dnia na dzień, razem z owym ukochanym i znów zostałam zupełnie sama.... Faktycznie, trudno mi było się sprzeciwić jej słowom... Nie jest łatwo, ale myślę że takie już jest życie i winnych nie ma co szukać. Tak samo jak my tęsknimy za naszymi przyjaźniami z dzieciństwa tak samo inni jeśli mogą to te przyjaźnie kultywują, są dla nich najważniejsze, bo są bogate we wspomnienia przeżytych razem chwil, przygód. Wiem dziś jedno, kocham Francję, czuje że tu jest mój dom, ale emigrantem będę zawsze. Jesteśmy trochę jak wyrwane z korzeniami drzewa: udaje nam się zakorzenić na nowej ziemi, ale gdzieś głęboko w nas odzywa się regularnie nostalgia wspomnień, bezdźwięczna pustka, którą staramy się zagłuszyć gwarną codziennością, lecz która co jakiś czas echem do nas wraca i wracać będzie zawsze...
wtorek, 12 maja 2015
“Kolorowo mi…”
Obudziłam się dziś rano z lekkim bólem głowy… Miałam w planach iść pobiegać, wiec zrobiłam sobie mocna kawę by się rozbudzić i nabrać trochę sił… Spojrzałam na telefon: “piętnaście nowych wiadomości…” Wszystkie były od tego samego znajomego, który wysłał mi o godzinie 4tej nad ranem litanie o tym, jak super jest “tam gdzie właśnie się znajduje” i że ludzie są tu naprawdę tacy “super cool” i że następnym razem muszę z nimi “tam” tez zagrać, i że będą spać pod namiotami…” Tak.. krótko mówiąc mój telefon bym wypełniony ciągiem wiadomości bez ładu i składu… Stwierdziłam, że mój kumpel pewnie grał koncert na jakieś hippisowskiej imprezie i pod wpływem wielkiego entuzjazmu …i alkoholu….postanowił się ze mną podzielić swoimi emocjami na temat tamtejszych wydarzeń…
Jeszcze kilka dni temu siedzieliśmy dyskutując przy piwie gdy powiedział mi, ze my artyści mamy łatwy dostęp do wszystkich warstw społecznych, że jesteśmy akceptowani wszędzie…bo tak naprawdę nigdzie tak do końca nie pasujemy… Bogaci nam zazdroszczą w skrycie naszego lekkiego ducha, biedni nam zazdroszczą, ze podróżujemy, a całej reszcie wydaje się, że wiecznie się bawimy… Tak naprawdę to często ich spojrzenie na nasze życie jest bardzo powierzchowne, nie zdają sobie tak naprawdę sprawy jak wygląda nasza codzienność. Obserwują nas na scenie uśmiechniętych i wysnuwają wnioski. Jedno jest pewne, wszyscy niezależnie do jakiej sfery społecznej przynależą, przyglądają nam się z zainteresowaniem i często nasze wypowiedzi lub zachowania komentują krótkim: “..no tak bo przecież to jest artysta..” Co oznacza w wolnym tłumaczeniu: “jemu wolno być kontrowersyjnym, szokującym, nieodpowiednio ubranym…czy po prostu dziwnym..” Faktycznie nasza codzienność nie jest tak do końca poukładana jak życie człowieka, który wybrał za swoją ścieżkę podążanie po dobrze znanych i dawno już przetartych szlakach, nieodbiegających od ogólnoprzyjętych norm społecznych.
Dziś obudziłam się w dużej willi na południu Francji. Pisze dla was ten tekst siedząc na tarasie przy basenie. To nie jest mój basen, ani mój dom. Przyjechałam tu na tydzień, by grac co noc w modny klubie w St Tropez. Dobrze znam to miejsce bo bywam tu regularnie. Dom jest piękny, tak jak każdy w okolicy, bo znajduje się w bogatej rezydencji. Rano sobie biegam po tutejszych ścieżkach i podziwiam ville z pięknymi ogrodami. Mijają mnie co jakiś czas luksusowe samochody i kierowcy skinieniem głowy życzą mi miłego dnia. Teraz się opalam, a wieczorem pójdę grac do klubu przy porcie. Po koncercie będziemy znów pić szampana z zamożnymi klientami, którzy będą wypytywać nas o nasz zawód, zachwyceni naszym życiowym entuzjazmem. Potem kelner przyniesie jakieś wymyślne drinki.. i od mieszanki rano znów będzie mnie lekko bolała głowa. Ale wiem, że równie dobrze mogłabym grać wczoraj koncert z moim kumplem, gdzieś gdzie pewnie GPS twierdzi, że “podany adres nie istnieje”. Po koncercie pić piwo z plastikowych kubków i spać w jakimś tanim hotelu bez śniadania, po czym na drugi dzień wcześnie rano głodna i niewyspana ruszyć dalej w trasę, jakimś starym busem z zepsutym ogrzewaniem..
Życie artystów to życie pełne kontrastów, czasem przed graniem jemy kawior, czasem suchą kanapkę. To co się nie zmienia to to, że kochamy to nasze życie i że jesteśmy otoczeni ludźmi, którym wydaje się, ze jesteśmy ‘nie z tego swiata’… Czasem sama się zastanawiam z jakiego to świata jesteśmy….chyba z tego, o którym Charles Aznavour z utęsknieniem śpiewał: “La Bohème, la Bohème, Ca voulait dire, on est heureux” (“Bohema, Bohema, oznaczało to, że jesteśmy szczęśliwi”)
Jeszcze kilka dni temu siedzieliśmy dyskutując przy piwie gdy powiedział mi, ze my artyści mamy łatwy dostęp do wszystkich warstw społecznych, że jesteśmy akceptowani wszędzie…bo tak naprawdę nigdzie tak do końca nie pasujemy… Bogaci nam zazdroszczą w skrycie naszego lekkiego ducha, biedni nam zazdroszczą, ze podróżujemy, a całej reszcie wydaje się, że wiecznie się bawimy… Tak naprawdę to często ich spojrzenie na nasze życie jest bardzo powierzchowne, nie zdają sobie tak naprawdę sprawy jak wygląda nasza codzienność. Obserwują nas na scenie uśmiechniętych i wysnuwają wnioski. Jedno jest pewne, wszyscy niezależnie do jakiej sfery społecznej przynależą, przyglądają nam się z zainteresowaniem i często nasze wypowiedzi lub zachowania komentują krótkim: “..no tak bo przecież to jest artysta..” Co oznacza w wolnym tłumaczeniu: “jemu wolno być kontrowersyjnym, szokującym, nieodpowiednio ubranym…czy po prostu dziwnym..” Faktycznie nasza codzienność nie jest tak do końca poukładana jak życie człowieka, który wybrał za swoją ścieżkę podążanie po dobrze znanych i dawno już przetartych szlakach, nieodbiegających od ogólnoprzyjętych norm społecznych.
Dziś obudziłam się w dużej willi na południu Francji. Pisze dla was ten tekst siedząc na tarasie przy basenie. To nie jest mój basen, ani mój dom. Przyjechałam tu na tydzień, by grac co noc w modny klubie w St Tropez. Dobrze znam to miejsce bo bywam tu regularnie. Dom jest piękny, tak jak każdy w okolicy, bo znajduje się w bogatej rezydencji. Rano sobie biegam po tutejszych ścieżkach i podziwiam ville z pięknymi ogrodami. Mijają mnie co jakiś czas luksusowe samochody i kierowcy skinieniem głowy życzą mi miłego dnia. Teraz się opalam, a wieczorem pójdę grac do klubu przy porcie. Po koncercie będziemy znów pić szampana z zamożnymi klientami, którzy będą wypytywać nas o nasz zawód, zachwyceni naszym życiowym entuzjazmem. Potem kelner przyniesie jakieś wymyślne drinki.. i od mieszanki rano znów będzie mnie lekko bolała głowa. Ale wiem, że równie dobrze mogłabym grać wczoraj koncert z moim kumplem, gdzieś gdzie pewnie GPS twierdzi, że “podany adres nie istnieje”. Po koncercie pić piwo z plastikowych kubków i spać w jakimś tanim hotelu bez śniadania, po czym na drugi dzień wcześnie rano głodna i niewyspana ruszyć dalej w trasę, jakimś starym busem z zepsutym ogrzewaniem..
Życie artystów to życie pełne kontrastów, czasem przed graniem jemy kawior, czasem suchą kanapkę. To co się nie zmienia to to, że kochamy to nasze życie i że jesteśmy otoczeni ludźmi, którym wydaje się, ze jesteśmy ‘nie z tego swiata’… Czasem sama się zastanawiam z jakiego to świata jesteśmy….chyba z tego, o którym Charles Aznavour z utęsknieniem śpiewał: “La Bohème, la Bohème, Ca voulait dire, on est heureux” (“Bohema, Bohema, oznaczało to, że jesteśmy szczęśliwi”)
niedziela, 19 kwietnia 2015
“Szum w uszach”
Kiedyś czytałam artykuł o tym, że gdyby człowiek z przed kilku wieków został pozostawiony dzisiaj w centrum dużego miasta to po kilku minutach dostałby ataku serca…od hałasu, zgiełku, wszechobecnych informacji, na które my, współcześni się już uodporniliśmy.
Był poniedziałek kolo południa, jechałam metrem i zastanawiałam się nad tą teoria. Obserwowałam mijających mnie ludzi, ich twarze…większość z słuchawkami w uszach, albo ze smartphone’m w reku. Ja również miałam w uszach słuchawki, ale nie po to by słuchać muzyki. Byłam tak strasznie zmęczona, że zgiełk mnie odurzał i słuchawki miały za zadanie tłumienie wszechobecnego szumu.. Miałam za sobą bardzo ciężki weekend. Malo snu, dużo stresu, adrenaliny i właśnie przeżywałam gwałtowny spadek formy. Metro było prawie puste, większość Paryżan było w pracy, mimo wszystko hałas dla moich zmęczonych uszu był nie do zniesienia… 14ta linia metra..najnowsza, bez kierowcy, pełna automatyka..czysta, nowoczesna, szybka… Konstruktorzy pomyśleli o wszystkim tylko nie o hałasie… Te nowoczesne wagony są strasznie hałaśliwe…czyżby w 21 wieku powinniśmy już na to nie zwracać uwagi..? Trzeba przyznać, że na co dzień do ich warkotu już się wszyscy przyzwyczaili…ale tamtego dnia dla moich uszu był on nie do zniesienia.. I do tego męczył mnie tez niezidentyfikowany wiatr, bo gdy 14tka mknie przez podziemia Paryża to wiatr, z niewiadomych powodów, mknie z równą silą w 14tce, co z moich zmęczonych oczu tego dnia wyciskało łzy… Czułam się jak bezbronne zwierze uwiezione w klatce…”jeszcze 3 stacje” odliczałam czas… To nie był pierwszy raz, gdy miałam wrażenie, że jestem prehistorycznym człowiekiem uwieziony w zgiełku Paryskim. Już nie raz zdarzało się, że chodziłam z korkami w uszach po mieście bo najmniejszy zgrzyt, lub głośne rozmowy wbijały mi się w bębenki niczym tępe gwoździe. “To tylko zmęczenie…które jutro minie, muszę się tylko wyspać i odpocząć trochę.” - tłumaczyłam sobie.
Moje myśli wróciły do weekendowych wspomnień. Sobota, to był szalony dzień… podwójny koncert. Najpierw z moją grupą, na pięknej scenie, przed publicznością, której nie znałam, bo był to taki mini festiwal. Tego wieczora po nas grały dwa zespoły, w zupełnie innym stylu muzycznym. Wiec znalazłam się przed tłumem ludzi, którzy Na co dzień słuchają muzyki soul czy pop, a ja wskoczyłam przed mikrofon by im zaśpiewać jakieś zupełnie im obce piosenki z polską nutą… No, to było wyzwanie, patrzeć na ich zaskoczone twarze gdy zaczęłam śpiewać. Śpiewałam wpatrując się w pierwsze rzędy publiczności i ich miny…W głowie mi się kołatały rożne myśli: “Co, pewnie zastanawiacie się jaki to za język? Pewnie wydaje wam się to dziwne? Nie spodziewaliście się tego? Ach…mam nadzieje, ze uda mi się ich przekonać do mojej kultury…polskiej…tak mało znanej tutaj, w Paryżu…wśród młodych ludzi” Po pierwszej piosence wyjaśniłam im skąd jestem i o czym śpiewam..i dlaczego.. że Polska muzyka jest piękna, uniwersalna… Spojrzałam znów na pierwsze rzędy…nie byłam pewna czy podzielali moja opinie… “No dobrze” pomyślałam sobie “Mam 40 minut by was przekonać…do siebie, do muzyki…do Polski” Spojrzałam na akompaniujących mnie muzyków by dać im znać, że możemy zacząć następną piosenkę… W oczach perkusisty widać było drobne zamieszanie, ale nic w tym dziwnego, grał z nami po raz pierwszy, jako zastępca mojego perkusisty, który tego wieczora był na trasie z innym zespołem. “No tak” pomyślałam “Mam nadzieje, że da rade…mam nadzieje, że i ja dam rade..” dorzuciłam, zwracając wzrok z powrotem w stronę oczekującej publiczności “Dam z siebie wszystko…!”
Koncert udał się tego wieczora świetnie, po kilku piosenkach widziałam uśmiechy na obserwujących mnie twarzach “Udało się! Lubia Polskę” Gdy tylko skończyliśmy grać trzeba było szybko opuścić scenę…i salę, bo grałam zaraz potem inny koncert, w zupełnie innej roli. Tym razem ja akompaniowałam artystom, na saksofonie, w sekcji dętej w funkowej grupie. Więc zbiegając ze sceny po zaśpiewaniu moich ukochanych polskich piosenek, wpadłam do garderoby, przebrałam się w garnitur, który był wymagany jako dress code w owym funkow’ym bandzie i razem z moim muzykiem wskoczyliśmy do taksówki. Pojechaliśmy do drugiej sali, gdzie już od ponad dwóch godzin trwał funk’owy maraton Paryskich grup. W mniej niż pól godziny z polskich melodii wpadłam w gwar pulsującej funkowej muzyki..zamiana ta była bardzo drastyczna. Do tego miałam grac z grupą, z którą nigdy wcześniej nie grałam, praktycznie bez próby, dostałam tylko nuty by zastąpić godnie ich, nieobecnego tego dnia, saksofonistę… Przedstawiłam się grzecznie wszystkim członkom zespołu chwile przez wejściem na estradę…z pełna koncentracją i uśmiechem na twarzy, bo ma być show na scenie!
Też się udało, pełen sukces, pełen profesjonalizm. Schodząc ze sceny marzyłam tylko o tym by zdjąć niewygodna marynarkę i wreszcie spokojnie usiąść. Spojrzałam na zegarek, było już późno w nocy, a ja nazajutrz, w niedziele, miałam sesje zdjęciową w stylu ‘glamour/saksofon/suknie wieczorowe’. Takie zdjęcia potrzebne mi były do mojej pracy….. “Trzeba wracać do domu, trzeba iść, spać, trzeba się wyspać…bo jak ja jutro będę wyglądać…” pomyślałam i rozejrzałam wokół siebie…Garderoba była wypełniona rozbawionymi artystami. Jednego byłam pewna…że nie zasnę…jeśli teraz wrócę do domu, to w głowie będę przerabiać w kółko i w kółko muzykę funkow’a, którą właśnie grałam. Mój basista, który mnie do tego zespołu zrekrutował oświadczył mi, że jest impreza u znajomego…już wiedziałam, że to jest jedyne rozwiązanie by uspokoić rozkołatane we mnie emocje: drink i relaks ze znajomymi… Obiecałam sobie, że postaram się późno nie wrócić. Spojrzałam na zegarek gdy byliśmy już w drodze na południe Paryża, by dołączyć do balującej trupy… “Już jest grubo po trzeciej?!…ach no tak….zmiana czasu…”Właśnie wiosna ukradła mi godzinę snu” pomyślałam sobie z rozżaleniem… Impreza i przyjacielskie rozmowy trochę mnie odciągnęły od stresu koncertowego, ale nie na tyle by potem spokojnie zasnąć. O 6tej rano leżałam w domu w łóżku i patrzyłam w sufit rozmyślając nad wydarzeniami z ostatnich kilku godzin. Mieszały mi się w głowie nuty “You’ve got the funk!!! Yeah…’ i “…Jasiek się kocha w Jasieńce…hey-ya” ! ….Po kilku godzinach męki i bezowocnych prób przekonywania własnej siebie do tego, że MUSZE spać, bo będę miała zmęczony wzrok na zdjęciach, postanowiłam przerwać męczarnie, wstałam z łóżka i pobiegłam do łazienki, by zbadać moje potencjalnie podkrążone oczy… “ Nie, nie jest źle…jak na razie” stwierdziłam z pewna ulga… Zrobiłam sobie mocna kawę i chwyciłam za komórkę by wysłać wiadomość do fotografa: “Sławek zaraz wychodzę z domu, będę chyba na czas…ale nic nie spalam…!!!” chwile później dostałam odpowiedz: “Nic się nie martw, będzie dobrze…zrobię Ci kawę” …”No tak” pomyślałam “Jakąś magiczna kawę mam nadzieje…”
Sesja się udała. Trwała około sześciu godzin i wszyscy, zarówno Sławek, Magda fryzjerka jak i Wiola, która nam pomagała jako asystentka stwierdzili, że braku snu wcale po mnie nie widać… “Cud świata” mówiłam sobie. Do tego nie czułam nawet zmęczenia.
Znam to, jest to mieszanka kawy i adrenaliny…zawsze działa. Za to na drugi dzień…w poniedziałek…siedziałam w metrze, patrzyłam tępo na mijających mnie ludzi i się zastanawiałam, nad tym czy właśnie przeżywam to co by przeżywał ktoś sprzed wieków, gdyby odwiedził nagle nasze dzisiejsze miasto… Nie miałam na nic siły… Do tego jechałam właśnie na spotkanie w sali koncertowej, w której gram regularnie by spróbować wynegocjować lepsze warunki finansowe dla mojego zespołu.. Na sama myśl o jakichkolwiek rozmowach biznesowych robiło mi się jeszcze słabiej…głowa mi pękała od hałasu i zmęczenia…. Po wyjściu z metra zostało mi jeszcze 10 minut marszu na zebranie sił i myśli..
Szum w uszach mijających mnie samochodów był nie do zniesienia..ale trzeba było wziąć się w garść, jeszcze raz przezwyciężyć zmęczenie, stress i niepewność. Myślę, że życie na tym polega, by się nigdy nie poddawać. Tak naprawdę walczymy zawsze z samym sobą, nie z otaczającym nas światem. Czasem wyobrażamy sobie przeciwników, bo tak jest łatwiej, toczyć walkę przeciw komuś, ale z dystansu zazwyczaj okazuje się jasne, że jedyna osoba, nad którą powinniśmy odnieść zwycięstwo jesteśmy my sami, pełni obaw, przesądów, strachu, uprzedzeń, wygodnictwa i lenistwa. Prawdziwa siła leży w naszej determinacji i dążeniu do zrozumienia samego siebie, poznania siebie lepiej, świadomie używania swoich atutów i zaakceptowania słabych stron.
Myślę, ze artysta czuje te walkę ze zdwojona silą. Stojąc na scenie przed publicznością mimo, że jesteśmy otoczeni tłumem ludzi jest to moment bardzo intymny. Jesteśmy sami ze sobą, ze swoimi myślami, wrażliwością i uczuciami, a zwrócone w nas oczy czytają w nas jak w otwartej książce. Czasem są to chwile, w których czujemy niczym mistyczne połączenie z otaczającym nas tłumem, a czasem okrutną zimną samotność. Gdy czujemy się opuszczeni w świetle reflektorów i zaczyna nas ogarniać powątpiewanie, wtedy trzeba jeszcze raz zebrać siły, by dać publiczności to co w nas najpiękniejsze. Mimo, że czasem niełatwo jest przezwyciężyć strach, zmęczenie czy uciszyć w głowie kłębiące się wątpliwości i wierzyć, że znów się uda.
Niestety tamtego dnia niewiele mi się udało wynegocjować w owej sali.. Ale takie jest życie, i każdą porażką czegoś nas uczy i zbliża nas do celu. Najważniejsze by się nigdy nie poddawać, nawet gdy wydaje nam się, że jesteśmy jedyna osoba na świecie, która wierzy, że to co robimy ma jakiś sens, a szum w uszach potęguje uczucie bezsilności. Następnym razem z pewnością się uda!
Był poniedziałek kolo południa, jechałam metrem i zastanawiałam się nad tą teoria. Obserwowałam mijających mnie ludzi, ich twarze…większość z słuchawkami w uszach, albo ze smartphone’m w reku. Ja również miałam w uszach słuchawki, ale nie po to by słuchać muzyki. Byłam tak strasznie zmęczona, że zgiełk mnie odurzał i słuchawki miały za zadanie tłumienie wszechobecnego szumu.. Miałam za sobą bardzo ciężki weekend. Malo snu, dużo stresu, adrenaliny i właśnie przeżywałam gwałtowny spadek formy. Metro było prawie puste, większość Paryżan było w pracy, mimo wszystko hałas dla moich zmęczonych uszu był nie do zniesienia… 14ta linia metra..najnowsza, bez kierowcy, pełna automatyka..czysta, nowoczesna, szybka… Konstruktorzy pomyśleli o wszystkim tylko nie o hałasie… Te nowoczesne wagony są strasznie hałaśliwe…czyżby w 21 wieku powinniśmy już na to nie zwracać uwagi..? Trzeba przyznać, że na co dzień do ich warkotu już się wszyscy przyzwyczaili…ale tamtego dnia dla moich uszu był on nie do zniesienia.. I do tego męczył mnie tez niezidentyfikowany wiatr, bo gdy 14tka mknie przez podziemia Paryża to wiatr, z niewiadomych powodów, mknie z równą silą w 14tce, co z moich zmęczonych oczu tego dnia wyciskało łzy… Czułam się jak bezbronne zwierze uwiezione w klatce…”jeszcze 3 stacje” odliczałam czas… To nie był pierwszy raz, gdy miałam wrażenie, że jestem prehistorycznym człowiekiem uwieziony w zgiełku Paryskim. Już nie raz zdarzało się, że chodziłam z korkami w uszach po mieście bo najmniejszy zgrzyt, lub głośne rozmowy wbijały mi się w bębenki niczym tępe gwoździe. “To tylko zmęczenie…które jutro minie, muszę się tylko wyspać i odpocząć trochę.” - tłumaczyłam sobie.
Moje myśli wróciły do weekendowych wspomnień. Sobota, to był szalony dzień… podwójny koncert. Najpierw z moją grupą, na pięknej scenie, przed publicznością, której nie znałam, bo był to taki mini festiwal. Tego wieczora po nas grały dwa zespoły, w zupełnie innym stylu muzycznym. Wiec znalazłam się przed tłumem ludzi, którzy Na co dzień słuchają muzyki soul czy pop, a ja wskoczyłam przed mikrofon by im zaśpiewać jakieś zupełnie im obce piosenki z polską nutą… No, to było wyzwanie, patrzeć na ich zaskoczone twarze gdy zaczęłam śpiewać. Śpiewałam wpatrując się w pierwsze rzędy publiczności i ich miny…W głowie mi się kołatały rożne myśli: “Co, pewnie zastanawiacie się jaki to za język? Pewnie wydaje wam się to dziwne? Nie spodziewaliście się tego? Ach…mam nadzieje, ze uda mi się ich przekonać do mojej kultury…polskiej…tak mało znanej tutaj, w Paryżu…wśród młodych ludzi” Po pierwszej piosence wyjaśniłam im skąd jestem i o czym śpiewam..i dlaczego.. że Polska muzyka jest piękna, uniwersalna… Spojrzałam znów na pierwsze rzędy…nie byłam pewna czy podzielali moja opinie… “No dobrze” pomyślałam sobie “Mam 40 minut by was przekonać…do siebie, do muzyki…do Polski” Spojrzałam na akompaniujących mnie muzyków by dać im znać, że możemy zacząć następną piosenkę… W oczach perkusisty widać było drobne zamieszanie, ale nic w tym dziwnego, grał z nami po raz pierwszy, jako zastępca mojego perkusisty, który tego wieczora był na trasie z innym zespołem. “No tak” pomyślałam “Mam nadzieje, że da rade…mam nadzieje, że i ja dam rade..” dorzuciłam, zwracając wzrok z powrotem w stronę oczekującej publiczności “Dam z siebie wszystko…!”
Koncert udał się tego wieczora świetnie, po kilku piosenkach widziałam uśmiechy na obserwujących mnie twarzach “Udało się! Lubia Polskę” Gdy tylko skończyliśmy grać trzeba było szybko opuścić scenę…i salę, bo grałam zaraz potem inny koncert, w zupełnie innej roli. Tym razem ja akompaniowałam artystom, na saksofonie, w sekcji dętej w funkowej grupie. Więc zbiegając ze sceny po zaśpiewaniu moich ukochanych polskich piosenek, wpadłam do garderoby, przebrałam się w garnitur, który był wymagany jako dress code w owym funkow’ym bandzie i razem z moim muzykiem wskoczyliśmy do taksówki. Pojechaliśmy do drugiej sali, gdzie już od ponad dwóch godzin trwał funk’owy maraton Paryskich grup. W mniej niż pól godziny z polskich melodii wpadłam w gwar pulsującej funkowej muzyki..zamiana ta była bardzo drastyczna. Do tego miałam grac z grupą, z którą nigdy wcześniej nie grałam, praktycznie bez próby, dostałam tylko nuty by zastąpić godnie ich, nieobecnego tego dnia, saksofonistę… Przedstawiłam się grzecznie wszystkim członkom zespołu chwile przez wejściem na estradę…z pełna koncentracją i uśmiechem na twarzy, bo ma być show na scenie!
Też się udało, pełen sukces, pełen profesjonalizm. Schodząc ze sceny marzyłam tylko o tym by zdjąć niewygodna marynarkę i wreszcie spokojnie usiąść. Spojrzałam na zegarek, było już późno w nocy, a ja nazajutrz, w niedziele, miałam sesje zdjęciową w stylu ‘glamour/saksofon/suknie wieczorowe’. Takie zdjęcia potrzebne mi były do mojej pracy….. “Trzeba wracać do domu, trzeba iść, spać, trzeba się wyspać…bo jak ja jutro będę wyglądać…” pomyślałam i rozejrzałam wokół siebie…Garderoba była wypełniona rozbawionymi artystami. Jednego byłam pewna…że nie zasnę…jeśli teraz wrócę do domu, to w głowie będę przerabiać w kółko i w kółko muzykę funkow’a, którą właśnie grałam. Mój basista, który mnie do tego zespołu zrekrutował oświadczył mi, że jest impreza u znajomego…już wiedziałam, że to jest jedyne rozwiązanie by uspokoić rozkołatane we mnie emocje: drink i relaks ze znajomymi… Obiecałam sobie, że postaram się późno nie wrócić. Spojrzałam na zegarek gdy byliśmy już w drodze na południe Paryża, by dołączyć do balującej trupy… “Już jest grubo po trzeciej?!…ach no tak….zmiana czasu…”Właśnie wiosna ukradła mi godzinę snu” pomyślałam sobie z rozżaleniem… Impreza i przyjacielskie rozmowy trochę mnie odciągnęły od stresu koncertowego, ale nie na tyle by potem spokojnie zasnąć. O 6tej rano leżałam w domu w łóżku i patrzyłam w sufit rozmyślając nad wydarzeniami z ostatnich kilku godzin. Mieszały mi się w głowie nuty “You’ve got the funk!!! Yeah…’ i “…Jasiek się kocha w Jasieńce…hey-ya” ! ….Po kilku godzinach męki i bezowocnych prób przekonywania własnej siebie do tego, że MUSZE spać, bo będę miała zmęczony wzrok na zdjęciach, postanowiłam przerwać męczarnie, wstałam z łóżka i pobiegłam do łazienki, by zbadać moje potencjalnie podkrążone oczy… “ Nie, nie jest źle…jak na razie” stwierdziłam z pewna ulga… Zrobiłam sobie mocna kawę i chwyciłam za komórkę by wysłać wiadomość do fotografa: “Sławek zaraz wychodzę z domu, będę chyba na czas…ale nic nie spalam…!!!” chwile później dostałam odpowiedz: “Nic się nie martw, będzie dobrze…zrobię Ci kawę” …”No tak” pomyślałam “Jakąś magiczna kawę mam nadzieje…”
Sesja się udała. Trwała około sześciu godzin i wszyscy, zarówno Sławek, Magda fryzjerka jak i Wiola, która nam pomagała jako asystentka stwierdzili, że braku snu wcale po mnie nie widać… “Cud świata” mówiłam sobie. Do tego nie czułam nawet zmęczenia.
Znam to, jest to mieszanka kawy i adrenaliny…zawsze działa. Za to na drugi dzień…w poniedziałek…siedziałam w metrze, patrzyłam tępo na mijających mnie ludzi i się zastanawiałam, nad tym czy właśnie przeżywam to co by przeżywał ktoś sprzed wieków, gdyby odwiedził nagle nasze dzisiejsze miasto… Nie miałam na nic siły… Do tego jechałam właśnie na spotkanie w sali koncertowej, w której gram regularnie by spróbować wynegocjować lepsze warunki finansowe dla mojego zespołu.. Na sama myśl o jakichkolwiek rozmowach biznesowych robiło mi się jeszcze słabiej…głowa mi pękała od hałasu i zmęczenia…. Po wyjściu z metra zostało mi jeszcze 10 minut marszu na zebranie sił i myśli..
Szum w uszach mijających mnie samochodów był nie do zniesienia..ale trzeba było wziąć się w garść, jeszcze raz przezwyciężyć zmęczenie, stress i niepewność. Myślę, że życie na tym polega, by się nigdy nie poddawać. Tak naprawdę walczymy zawsze z samym sobą, nie z otaczającym nas światem. Czasem wyobrażamy sobie przeciwników, bo tak jest łatwiej, toczyć walkę przeciw komuś, ale z dystansu zazwyczaj okazuje się jasne, że jedyna osoba, nad którą powinniśmy odnieść zwycięstwo jesteśmy my sami, pełni obaw, przesądów, strachu, uprzedzeń, wygodnictwa i lenistwa. Prawdziwa siła leży w naszej determinacji i dążeniu do zrozumienia samego siebie, poznania siebie lepiej, świadomie używania swoich atutów i zaakceptowania słabych stron.
Myślę, ze artysta czuje te walkę ze zdwojona silą. Stojąc na scenie przed publicznością mimo, że jesteśmy otoczeni tłumem ludzi jest to moment bardzo intymny. Jesteśmy sami ze sobą, ze swoimi myślami, wrażliwością i uczuciami, a zwrócone w nas oczy czytają w nas jak w otwartej książce. Czasem są to chwile, w których czujemy niczym mistyczne połączenie z otaczającym nas tłumem, a czasem okrutną zimną samotność. Gdy czujemy się opuszczeni w świetle reflektorów i zaczyna nas ogarniać powątpiewanie, wtedy trzeba jeszcze raz zebrać siły, by dać publiczności to co w nas najpiękniejsze. Mimo, że czasem niełatwo jest przezwyciężyć strach, zmęczenie czy uciszyć w głowie kłębiące się wątpliwości i wierzyć, że znów się uda.
Niestety tamtego dnia niewiele mi się udało wynegocjować w owej sali.. Ale takie jest życie, i każdą porażką czegoś nas uczy i zbliża nas do celu. Najważniejsze by się nigdy nie poddawać, nawet gdy wydaje nam się, że jesteśmy jedyna osoba na świecie, która wierzy, że to co robimy ma jakiś sens, a szum w uszach potęguje uczucie bezsilności. Następnym razem z pewnością się uda!
![]() |
| photo: ARTJANI |
![]() |
| photo: ARTJANI |
![]() |
| photo: ARTJANI |
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































